"NASI FACECI W CZERNI" - RAM JETHMALANI
Ram Jethmalani twierdzi, że najwyższy czas na uczciwą ocenę systemu. Publikujemy tą wypowiedź nie ze względu na brak szacunku dla sądownictwa, lecz kierowani pragnieniem uczciwej, demokratycznej debaty.
W każdym mieście, które odwiedzam, korzystam z okazji, by wpaść do największej księgarni, jaka się w nim znajduje i poszperać wśród jej półek. Zarówno w Nowym Jorku, jak i w Londynie, uwagę moją zwróciła dość dużych rozmiarów książka. Jej tytuł przyciągał oko i brzmiał intrygująco dla prawnika zainteresowanego funkcjonowaniem systemu sądownictwa, a w szczególności składem Sądu Najwyższego i jakością wydawanych przezeń wyroków. Książka zatytułowana była „Faceci w czerni”, a jej podtytuł brzmiał: „W jaki sposób Sąd Najwyższy niszczy Amerykę”.
Jakoś oparłem się pokusie, by sięgnąć po nią i dopiero niedawno, kiedy wszedłem do znanej księgarni w Bangalore, książka ta znowu przyciągnęła moją uwagę. Tym razem ją kupiłem i przeczytałem. Okazała się wspaniałą lekturą. Jej autor, Rush Limbaugh, jest jednym z najważniejszych komentatorów i prawników konstytucyjnych, pochlebnie wyraził się o niej Edwin Meese, prokurator generalny z okresu, kiedy prezydentem był Ronald Reagan: „Faceci w czerni jest jedną z najlepszych książek na temat Konstytucji i systemu sądownictwa, jakie czytałem. Łączy ona w sobie historię, prawo i bieżące wydarzenia, w niezwykle interesującym, przenikliwym i pasjonującym studium poważnego przypadku – nasilającego się ataku ze strony spragnionego władzy sądownictwa, na proces konstytucyjny oraz struktury rządowe. Nie ma lepszego źródła, by zrozumieć i pojąć znaczenie tej kwestii niż Faceci w czerni”
Pocieszające jest, że Parlament, środowisko akademickie oraz palestra zainteresowani są reformą systemu sądowniczego. Piszę niniejsze słowa w poczuciu naglącej konieczności i troski. Niniejszy artykuł nie pozwala na dogłębne omówienie sprawy. Zatem pisać będę jedynie o Sądzie Najwyższym, a i w tym kontekście, poruszę jedynie sposób, w jaki niektórzy sędziowie tego sądu wymierzają sprawiedliwość w sprawach karnych. Całkowicie pominę kwestię żądzy władzy, o której pisze Edwin Meese. Zajmę się jedynie nieudolnością niektórych sędziów, którzy w założeniu mają codziennie decydować o życiu i wolności pechowych obywateli. Władza Sądu Najwyższego, który kara za obrazę samego siebie, odstraszyła wielu od uczciwej oceny systemu sądownictwa. Mam świadomość, iż Sąd Najwyższy zarządził, że w egzekwowaniu swojej władzy dotyczącej obrazy sądu nie ograniczają go stosowne postanowienia Ustawy o Obrazie Sądu. Wiem również, że nawet, jeśli stwierdzenia dotyczące sędziów są prawdziwe, fakt ten nie może być wykorzystany do obrony przeciwko zarzutom o obrazę sądu. Mimo to nadszedł najwyższy czas, by ktoś przemówił odważnie. Dalsza część artykułu nie będzie pochlebna dla facetów w czerni, uważam, że część z nich przynosi wstyd systemowi sądowniczemu tego kraju, orzekającemu w sprawach karnych i naraża go na kpiny ze strony wszystkich trzeźwo myślących osób na całym świecie.
W dniu 5 kwietnia sędziowie Sądu Apelacyjnego B.N. Agarwal oraz H.K. Sema odrzucili apelację niejakiego Swamiego Premanandy w sprawie zarzucanych mu 13 gwałtów na dziewczynkach, które miał popełnić w latach 1990-1994 oraz zarzucanego mu zamordowania mieszkańca Aszramu, które miał popełnić między 10 a 17 kwietnia 1991 roku. Został on skazany na podwójne dożywocie oraz odmówiono mu jakiegokolwiek prawa do złagodzenia lub umorzenia kary, do czego mają prawo wszyscy więźniowie. Wbrew postanowieniom kodeksu, nie sformułowano osobnych zarzutów dotyczących każdego z zarzucanych mu gwałtów, jak również nie zapoznano go z datami, szczegółami i sposobem popełnienia przypisywanych mu czynów. Na każdym etapie przyjmuje się, że zarzuty były bardzo poważne, że sprzeciw został prawidłowo wniesiony w sądzie pierwszej instancji, a mimo to dowody na niewinność zostały w arogancki sposób zignorowane. Zarzuty same w sobie obejmują długi wstęp, w którym między innymi czytamy: oskarżony Premananda założył Aszram w miejscowości Melapachaikudi w 1989 roku i Aszram ten pełni rolę instytucji, w której przyjmuje się i otacza opieką kobiety i dzieci, o których mowa w rozdziale 376 Indyjskiego Kodeksu Karnego, paragraf 2; oskarżony twierdzi, że posiada moc czynienia cudów i rodzenia lingamów poprzez usta oraz materializowania wibhuti, ponadto oskarżony zawiódł wiarę, którą pokładali w nim uczniowie i mieszkańcy Aszramu, dopuszczając się oszustw oraz dopuszczając się zniewagi wobec kobiet oraz dopuszczając się gwałtu na osobach, które szukały schronienia w Aszramie.”
Ze wstępu jasno wynika, że nie ma mowy o żadnym gwałcie dokonanym przemocą oraz ani o gwałcie na dziecku, w rozumieniu przepisów prawa. W świetle powyższych zarzutów powinien był być zwolniony, ponieważ zgodę dziewczyny można podważyć jedynie w przypadku, gdyby Swami podał jej środki odurzające lub gdyby przekonał ją, że jest jej mężem. Nie ma to być w zamierzeniu ponowne przedstawienie sprawy jako przypadku niewinnego skazanego, choć są po temu solidne podstawy i uważam, że powinien był on być zwolniony.
Swami Premananda, który wcześniej prowadził sierociniec na Sri Lance, wyemigrował do południowych Indii na skutek zamieszek etnicznych w swoim ojczystym kraju. Założył nowy Aszram w Fathimanagar, około 30 mil od Trichy w stanie Tamil Nadu. Aszram położony jest na luźno zabudowanym terenie. Znajduje się w nim szkoła, biblioteka, pomieszczenie do modlitw i duża kuchnia. Mieszka tam około pięćset osób, w tym dwieście dzieci, sto chłopców i sto dziewczynek, które mają zapewnioną darmową edukację, zakwaterowanie, wyżywienie i opiekę. Świadek oskarżenia – nie obrony – niejaki Dinesh, opisuje funkcjonowanie Aszramu w następujący sposób: „Dziewczynki i chłopcy mieszkają w Aszramie osobno, a zasady są bardzo surowe. W czasie wykonywania pracy oraz podczas pudży, dziewczynki i chłopcy przebywali razem. W pozostałym czasie chłopcy byli w swojej części, a dziewczynki w swojej. Jeśli do Aszramu zgłaszało się małżeństwo, pozwalano im przebywać razem. Jeśli do Aszramu przyjeżdżały osoby, które jeszcze nie zawarły związku małżeńskiego, przebywały one oddzielnie. Dziewczęta przebywające w swojej części mogły rozmawiać między sobą. Dzieci, które przyjechały tam ze swoimi rodzicami mogły z nimi rozmawiać i przebywać bez ograniczeń. Już od pierwszego dnia funkcjonowania Aszramu, zarówno w Matale, jak i w Fathimanagar, główną zasadą było krzewienie religii i duchowości wśród ludzi. W Aszramie odprawiano pudże. Zasady i przepisy były bardzo surowe. Oskarżony oraz Matka Divya wygłaszali w Aszramie wykłady na tematy religijne. Osoby z zewnątrz nigdy nie udzielały żadnych nauk religijnych w Aszramie.”
Aszram działał wyłącznie dzięki datkom wdzięcznych wyznawców. Nigdy nie otrzymał dotacji od żadnej instytucji rządowej ani też żadnych środków państwowych. Dziewczęta z Aszramu były nawet wydawane za mąż, niekiedy za obcokrajowców. Wśród nauczycieli w Aszramie byli wolontariusze – cudzoziemcy z Anglii, Szwajcarii i innych krajów, którzy pracowali za darmo. Tacy pracownicy na pełen etat nazywani byli Matadżi. Na wykłady oraz święta i obchody regularnie obchodzone w Aszramie przyjeżdżało wielu cudzoziemców. Gdyby w opowieściach o gwałcie na dziewczynkach był choćby cień prawdy, rozniosłyby się one z prędkością błyskawicy i uczniowie odeszliby, Aszram przestałby dostawać datki, podupadłby, aż w końcu zostałby zamknięty. A było wprost przeciwnie – jego działalność rozwijała się.
Arul Jyothi to jedna z dziewcząt zamieszkujących w Aszramie. Jej historia obrazuje to, o czym mówi niniejszy artykuł. 19 listopada 1994 roku, policja zrobiła nalot na Aszram i spośród wielu dziewcząt, które mieszkały w Aszramie zabrała na komisariat około dwadzieścia.
Wizyta policjantów okazała się jednak spiskiem trzech aktorów. Najważniejszą osobą z nich był Anand Mohan, bezrobotny młodzieniec z Trichy uwodzący dziewczęta, na którym wielkie wrażenie podczas pierwszej wizyty w Aszramie zrobiła ilość małżeństw zawieranych pomiędzy mieszkańcami Aszramu a osobami z zewnątrz. Ta wspaniała służba społeczna i pomoc dla sierot ze strony Swamiego, sprawiła, że Mohan stał się częstym gościem. Jednak w trakcie tych wizyt nawiązał namiętny romans z dwiema dziewczętami. Jedną z nich była Suresh Kumari, która zwróciła się do niego o pomoc w załatwieniu fałszywego świadectwa szkolnego. Narzekała, że osoba Swamiego była przeszkodą w uzyskaniu takowego. Anand Mohan obiecał spełnić jej prośbę. Drugą z tych kobiet była nauczycielka z Niemiec, o imieniu Ella. Planował poślubić ją, osiąść gdzieś w Europie, zrobić karierę i wzbogacić się. Ella jednak rozczarowała go. W oczach Ananda Mohana, Swami był podłym człowiekiem, który przeszkadzał mu w realizacji planów. Swami ostrzegł Ellę, że Anand Mohan to pijak i oszust, a małżeństwo z nim z pewnością skończyłoby się rozwodem. W taki sposób Anand Mohan miał motyw, aby wyrównać rachunki ze Swamim i zaszkodzić Aszramowi.
Drugim z aktorów był niejaki Mark Denis, amerykański zwolennik Swamiego, który w końcu zażądał od niego pieniędzy. Choć wniósł przeciwko Swamiemu sprawę o wyłudzenie pieniędzy, nie pojawił się w sądzie, by zeznawać. Zwrócił się do Suresh Kumari, ale ona wówczas nie wspominała o kontaktach intymnych ze Swamim, ani tym bardziej o gwałcie. Tych troje postanowiło w październiku 1994 roku, że skończą ze Swamim i zniszczą jego Aszram. Suresh Kumari oraz pozostała dwójka opuścili Aszram i przez jakiś czas mieszkali w domu Ananda Mohana.
Suresh Kumari zeznała jednak ostatecznie, że miała kontakt intymny ze Swamim przed rokiem 1991, w efekcie czego uciekła z Aszramu i udało się jej dotrzeć do Chennai. Tam spotkała policjanta, który przyprowadził ją z powrotem do Aszramu i zostawił pod opieką jej matki. Ani policjant, ani matka nie potwierdzili opowieści o gwałcie.
Anand Mohan, Suresh Kumari i reszta, udali się do gazety Hindu i tam przedstawili swoją wersję zdarzeń. Jednak Hindu nie był zainteresowany opublikowaniem ich historii. Wobec tego poszli do Indian Express, który opublikował dwa artykuły, 14 i 15 listopada. Pierwszy z nich opierał się na informacjach uzyskanych od Suresh Kumari, i z pewnością nie był jej suwerenną decyzją, lecz powstał w konsultacji z prawnikami z organizacji kobiecych. Wszystko, co Suresh Kumari miała do powiedzenia zostało nagrane przez Ananda Mohana, a sama Suresh Kumari nagrywała to, co mówiły jej inne dziewczęta. Obie te taśmy zaginęły w trakcie procesu. Ale ani one ani nawet ustne zeznania Suresh Kumari i jej towarzyszy nie zawierały niczego, co Hindu uznałby za warte publikacji w imię interesu publicznego. Pierwsze informacje w tej sprawie uzyskał Hindu. Zaskakujące jest jednak to, że nikt z Hindu nie został przesłuchany w trakcie procesu.
W tym kontekście bardzo łatwo jest zrozumieć historię Arul Jyothi1. Wychowywała się w Aszramie Swamiego na Sri Lance od drugiego roku życia. Kiedy Swami wyemigrował do Indii, wraz z innymi dziećmi z Aszramu także się tam z nim udała. Najpierw mieszkała w Trichy, a po trzech latach przeniosła się do Fathimanagar, gdzie obecnie znajduje się Aszram. W czerwcu 1996 roku, w chwili składania zeznań, miała 21 lat. Osiem lat wcześniej została zgwałcona w swoim pokoju, w którym spała również inna dziewczyna. Nikomu się nie poskarżyła.
Trzy lata później miała ponowny kontakt seksualny ze Swamim. Po upływie kolejnego roku Swami wezwał ją do swojego pokoju, ale nie poszła do niego. Następnie w obecności ponad dwustu osób w dharamsali, Swami pociągnął ją za włosy, popchnął ją na ścianę i zranił jej oczy patykiem. Zarzuciła mu jeszcze czwarty gwałt na pięć dni przed aresztowaniem Swamiego w dniu 19 listopada 1994 roku. Przyznała, że nigdy wcześniej nie mówiła nikomu o tych gwałtach. Godzinę przed aresztowaniem Swami powiedział jej, że wkrótce wróci, i żeby trzymała gębę na kłódkę. Przebywając w areszcie policyjnym odkryła, że jest w ciąży. 21 lutego 1995 roku poddała się aborcji. Przesłuchanie bardzo jasno wykazało, w jaki sposób, krok po kroku, Arul Jyothi sfabrykowała swoją opowieść. 19 listopada 1994 roku, kiedy w Aszramie pojawiło się wielu policjantów, pytali oni, kim były dziewczęta, oraz która z nich padła ofiarą Swamiego. Żadna z nich, w tym także Arul Jyothi nie zeznała niczego, co obciążałoby Swamiego. Dwa dni później Arul Jyothi została zabrana z Aszramu na posterunek policji w Pudukkottai. Tam, na pytanie policjanta czy miała kontakty seksualne ze Swami, opowiedziała, że nie. „Nigdy ani ja ani inne dziewczęta niczego nie powiedziałyśmy policji. Nie zeznałyśmy, że oskarżony odbywał z nami stosunki seksualne”, zeznała nawet w sądzie. W ten sposób podczas trzech dni przesłuchań Swami nie został obciążony.
Dziewczęta poddano badaniom lekarskim. Podczas takiego badania odkryto, że Arul Jyothi została wykorzystana seksualnie. Lekarzowi powiedziała, i tak zapisano w dokumentacji lekarskiej, że było to na skutek kontaktów ze znaną osobą, które miały miejsce od pięciu lat. Zapytana, o kim mówi, odpowiedziała, że nie powiedziała lekarzowi prawdy. Lekarz, który poprosił ją o dostarczenie próbki moczu, zamiast tego otrzymał od niej wodę z kranu. Nie pamiętała, jakie jeszcze inne kłamstwa przedstawiła lekarzowi. Znała Swamiego od 15 lat, a opis z dokumentacji szpitalnej nie odpowiadał rysopisowi Swamiego. Prokuratura przyznaje, że dokumentacja szpitalna jest prawdziwa. Wtedy, po badaniu, policja uzyskała od Arul kolejne zeznanie. W drugim zeznaniu złożonym na policji, nie wspomina o żadnym z gwałtów, o których mówiła wcześniej, lecz o jakimś kompletnie innym, oraz nie o czterech, a tylko o jednym. Oświadczyła, że tamtego dnia o godzinie trzeciej po południu w pomieszczeniu, gdzie odprawiane są pudże, doszło do stosunku między nią a Swamim, ale że odbył się on za jej zgodą. Nie podała daty, kiedy miałoby dojść do tego kontaktu intymnego.
Przyznała jedynie, że miała wtedy 19 lat. Stosunek ten, nawet jeśli faktycznie do niego doszło, z pewnością nie był gwałtem. Ale oczywiste jest, że policja wywierała na nią coraz większą presję i zdołała uzyskać przynajmniej takie niewiele warte zeznanie. Z pewnością zaszkodziło ono wizerunkowi Swamiego jako duchowego człowieka, ale nie mogło ono stanowić podstawy zarzutu o gwałt.
Część druga, opublikowana w „Deccan Chronicie” 16 czerwca 2005 roku:
"KIEDY DOWODY SĄ SFAŁSZOWANE"
Prawie dwa miesiące później, w drugiej połowie stycznia 1995 roku, policja uzyskała kolejne zeznanie Arul Jyothi, w którym przyznała się ona do kolejnych kontaktów o charakterze seksualnym ze Swamim Premanandą, ale ponownie potwierdziła, że odbyło się to za jej zgodą. Zatem po dwóch miesiącach nacisków na nią, policja zdołała uzyskać od niej jedynie takie zeznania, które były moralnie obciążające, ale bezużyteczne w świetle prawa.
Szokująca prawda o tym, w jaki sposób policja usiłowała sprokurować fałszywe dowody, wyszła na jaw, kiedy policja popełniła pomyłkę i wysłała dziewczynę do urzędnika administracyjno-sądowego, przed którym miała złożyć oficjalne oświadczenie zgodnie z paragrafem 164 Kodeksu Postępowania Karnego. Najwyraźniej policja założyła, że dziewczyna w obecności urzędnika złoży te same fałszywe zeznania. Ona jednak powiedziała prawdę. Wyjaśniła urzędnikowi, że policja pobiła dziewczęta przed złożeniem przez nie zeznań na niekorzyść Swamiego.
Obrona ustaliła ponadto, że w czasie, gdy dziewczęta przez długi okres czasu przebywały pod nadzorem policji w Udavum Karangal, które to miejsce w praktyce było posterunkiem policji, Arul powtarzała przełożonym, że to nie Swami jest ojcem dziecka, lecz ktoś inny.
Po tym jak na skutek pobicia jej przez policjantów, zgodziła się obciążyć winą Swamiego, musiała napisać list z przeprosinami do Vidyasagara z Udavum Karangal, w którym wyrażała swój żal za to, że kłamała i że jako sprawcę ciąży wskazała inną osobę.2
Na rozprawie, policja przedstawiła badanie DNA, które miało udowodnić, że to Swami był sprawcą ciąży, którą Arul Jyothi usunęła. Przesłuchanie w pełni obnażyło nieudolność rzekomego eksperta. Jego zeznania okazały się być ponad wszelką wątpliwość fałszywe. Kiedy mu udowodniono, że domniemane badanie usuniętego płodu nie zostało nawet przeprowadzone przy użyciu enzymów, które stosowane są do identyfikacji miejsc polimorficznych, rozłożył ręce i przyznał, że wszystkim zajął się jego kolega i tylko on może to wyjaśnić. Płód był również badany przez Dr Wilsona Walla, specjalistę z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Londynie. Wykluczył on ojcostwo Swamiego. Ale szanowany naukowiec o międzynarodowej sławie, który zgodził się zeznawać, gdy w Indiach zabrakło specjalistów, został pominięty, gdyż uznano go za stronniczego.
Celem niniejszego artykułu nie jest przedstawienie nieuczciwości i niesprawiedliwości, z jaką sąd potraktował sprawę Swamiego. Celem jest pokazanie, w jaki sposób trzy sądy usankcjonowały pobicie dziewcząt, by uzyskać obciążające zeznania świadków.
Należy także wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Aby przeprowadzić w Anglii test na ojcostwo płodu potrzebna była próbka krwi Arul Jyothi. Sąd stanowczo odmówił zezwolenia na to. Lecz sąd wyższej instancji zmienił to postanowienie i nakazał pobranie próbki krwi od Arul Jyothi. W dniu 24 marca 1997 roku, policja przyprowadziła ją do sądu. Kiedy zapytano ją, czy zgodzi się na pobranie krwi, odmówiła. Zapytana o powody tej decyzji wyjaśniła: „Nie miałam żadnych kontaktów seksualnych ze Swamim. Współżyłam jedynie z Satishem”. Sąd pierwszej instancji niechętnie zaprotokołował to zeznanie pod przysięgą. Oskarżenie odmówiło przesłuchania poprzez zadawanie krzyżowych pytań. Ostatnie wyjawienie prawdy nie zostało zakwestionowane przez oskarżenie.
To, co powiedziała wówczas, zgodne było z jej wcześniejszymi zapewnieniami, a także z tym, co powiedziała lekarzowi oraz strażnikom w Udavum Karangal. Ponadto, jej słowa zostały w pełni potwierdzone przez specjalistę z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Wyrok skazujący za gwałt na Arul Jyothi został utrzymany przez sąd pierwszej instancji, przez dwóch sędziów sądu wyżej instancji, oraz dwóch sędziów Sądu Najwyższego. Policjanci zamiast wyroku skazującego, dostali awans, a oblicze indyjskiego wymiaru sprawiedliwości orzekającego w sprawach karnych zostało skalane na wieki.
Sędziom wskazano, że pobicie świadka i zmuszenie go do fałszywych zeznań przeciwko komuś jest nie tylko poważnym wykroczeniem ściganym na podstawie przepisów Kodeksu Karnego, ale również sprawia, że dowody uzyskane w ten sposób nie mogą zostać dopuszczone ze względu na złamanie procedur opisanych w rozdziale 163 Kodeksu Postępowania Karnego. Wszyscy trzej sędziowie przyznali, że dziewczęta zostały pobite, zanim złożyły zeznania obciążające Swamiego, ale zignorowali ten fakt.
Co ciekawe, orzeczenie Sądu Najwyższego nawet nie wspomina o tym poważnym zarzucie, a dziś moi uczniowie na wydziale prawa oraz wyznawcy Swamiego na całym świecie pytają: „Czy prawo w Indiach pozwala funkcjonariuszom policji bić świadków i czy pozwala sądom dopuszczać sfałszowane dzięki temu dowody?” Moją jedyną odpowiedzią jest to, że nasze prawo i system sądowniczy są cywilizowane, lecz ich reputację psują niektórzy „Faceci w Czerni”, którzy nie mają żadnego doświadczenia i nie rozumieją funkcjonowania systemu, a którzy w swej uczciwości i poszanowaniu głosu własnego sumienia powinni odmówić orzekania w skomplikowanych sprawach karnych.
Ten przypadek pokazuje potrzebę zastanowienia się nad metodami wyboru sędziów Sądu Najwyższego.
Koniec
http://www.asianage.com
© 2005 The Asian Age
1 Pan Jethmalani odnosi się tu do historii Arul Jyothi, w takiej wersji jak została ona oficjalnie zapisana w dokumentach sądowych. Jednak należy podkreślić, że nie jest to historia zgodna z prawdą, w rzeczywistości dziewczyna nigdy nie miała żadnych kontaktów seksualnych (za jej zgodą czy bez) ze Swamim Premanandą.
2 Arul Jyothi przebywała w areszcie policyjnym przez trzy lata. W tym czasie była bita i zmuszana do zeznań, że Swami ją zgwałcił i że zaszła z nim w ciążę, oraz że chciała ją usunąć. Dopiero po jej wypuszczeniu i powrocie do Aszramu, Arul Jyothi mogła wyjaśnić, co naprawdę się z nią działo oraz, że nigdy nie była w ciąży. Dlatego dopiero wtedy okazało się, jak było naprawdę. Mimo to, Sąd nigdy nie uznał tych faktów oficjalnie. Pan Ram Jethmalani opiera swój artykuł na zeznaniach złożonych w sądzie, w których Arul Jyothi twierdziła, że była w ciąży i stąd jego argumentacja dotycząca ciąży.
